wtorek, 8 sierpnia 2017

Modlitwa o lekcję gry na gitarze – część II

Modlitwa o lekcję gry na gitarze – część II

Humbert Balthus dojrzewa i potajemnie skrada się do mieszkania pani nauczycielki, żeby uczyć się gry na gitarze. Szybko mu się jednak nudzi, wkrótce zaprasza ją do swojego sklepu. Dużo się też modli i pracuje. Czesze, przebiera, dba o lalki. Jego mama szalenie dumna, pilnuje, aby ciepło się ubierał i chodził regularnie do spowiedzi. Przepada za wszystkimi jego dziewczynami, szyje nowe pary rękawiczek i ubranka dla każdego projektu syna, taki zdolny, ma talent.
Mama zamiast ust miała pączka, pysznego i smakowitego, oblanego różowym lukrem i różnokolorową posypką. Humbert fantazjował czasami, że zajada się takimi pączkami pod kołdrą dusznymi nocami. Albo że jest paluszkiem wkładanym z gracją do środka, albo dwoma paluszkami, oblizywanymi czule, paznokciami wystukującymi rytm na białych zębach, drapiącymi umyślnie gardło. Figura to najważniejsza rzecz, jaką ma kobieta, tak mu tłumaczyła. Lalki też ją mają, są geometrycznie doskonałe, Euklides ma zawrót głowy na samą myśl. Mówiła, że prowadzą galerię sztuki, a nie sklep, a Humbert się śmiał, bo wiedział, że dla kobiet zakupy to akt kreacji, a moda służy do wibracji. Niekoniecznie pozytywnych.
Doskonale wiedział, jak działają, bo nie przestawał myśleć o jednym. O tysiącach szczupłych i chudych, miłych i gorzkich, tajemniczych i odartych z ubrań. Humbert Balthus dorastał bardzo intensywnie, nie miał ani jednego kolegi, w liceum szła mu tylko fizyka, a na bal maturalny poszedł z dwiema dziewczynami. Matka Boska od Popu nie przestawała spełniać wszystkich jego zachcianek i czerwienić się w ich towarzystwie.
Dwie dziewczyny z balu maturalnego były bliźniaczkami, najlepszymi sztukami w liceum, sztuką zabijania i sztuką sublimowania, wszyscy przerażeni nie na żarty. Starsza o minutę miała obsesje i inne zaburzenia, kolekcjonowała dinozaury i prosiła, by nazywać ją Rexy, Humbert nie bardzo wiedział dlaczego, podejrzewał, że podkochiwała się w smutnych tyranozaurach. Proanna była hipochondryczką i nigdy nie zakładała tych samych ciuchów dwa razy. Miała dom wypełniony podkoszulkami z fajnymi napisami, ludzie mówili, że podobno potrafią gadać. Za to jej torba krzyczała i przypominała im o posiłkach, bo okazuje się, że można być uzależnionym od niejedzenia. Niezwykłe dziewczyny i sztuka zabijania siebie.
A więc Humbert znów się zakochał i to od razu podwójnie. Mówiły, że są artystkami, robili więc razem masę dziwnych rzeczy. Rexy pisała, najczęściej o tym, że jest światowa, ma chorobę psychiczną i nie nosi majtek, natomiast Proanna filmowała, głównie ich przygody w pościeli. Uwielbiały umieszczać nowego chłopaka w swojej sztuce, przyrządzały go tam na milion sposobów, delikatnie dusiły, rumienił się jak w malinowym chruśniaku, potem go smakowały, najpierw nieśmiało z uniesionym po angielsku paluszkiem, by ostatecznie łapczywie zjeść, pożreć i strawić. Frykcyjnie na faktach.
Zabierały go do kina na niezależne filmy, których Humbert nie rozumiał, i których bohaterki zawsze były chude i blade. Lubił jednak zamawiać popcorn, trzymał pudełko między udami, zjadał go sam, a one zawsze udawały, że czegoś szukają, na zmianę wkładały rękę do pudełka i masowały jego twardą sztukę artyzmu. Potem szli do najdroższej restauracji na kawę i alkohol i oglądali, jak ludzie wokół konsumują się nawzajem. Wyobrażali sobie, że wszyscy są nadzy, mają czaszki przezroczyste, mieszkają w szklanych domach. Mówiły wtedy dużo o rewolucji i czerwonym kolorze, chciały być komunistkami i dzielić się po równo.  No i walczyć, tyle że są zbyt słabe, więc czekały tylko, aż tata przyśle im kolejny czek z ciepłych krajów.
Kończyli zawsze u Humberta, gdzie bawili się do rana lalkami, przebierały Matkę Boską od Popu i robiły sobie z nią zdjęcia.
Za to co niedzielę chodzili do kościoła i zostawali po mszy. Uważały, że proboszcz Giorgio de Chirico jest niezwykle przystojny, choć pewnie są dla niego za stare, a Humbert fantazjował, że jego bliźniaczki noszą habity. W końcu pewnego razu zamknęły księdza w konfesjonale i zagłodziły na śmierć. A potem wielkie zdziwienie, to niechcący, to niemożliwe, przecież można żyć samym powietrzem i natchnieniem. Aby zatrzeć ślady, postanowiły powycinać kawałki jego ciała, a z penisa uczynić relikwię i schować głęboko w panieńskim kuferku. Wielka sztuka Giorgio de Chirico.
Humbert od tamtej pory już nigdy nie poszedł do kościoła. Stwierdził również, że znów się znudził. Zaprosił ostatni raz siostry do siebie, słuchając ich ulubionej, niszowej muzyki, przywiązał je do obrazu Matki Boskiej od Popu i nakarmił do syta plastikiem. Był ciepły i ciekły jak budyń, a one pierwszy raz w życiu się najadły. Potem zdjął foremki ich ciała i dołączył je do sklepowej wystawy. Rexy trzyma tam do dzisiaj otwartą książkę o Humpty’m Dumpty’m, a Proanna filmuje przechodniów oraz tajemnicę i melancholię ulicy.
Nikt właściwie nie przejął się zniknięciem bliźniaczek. Rodzice byli na wakacjach, wciąż wysyłali zielone pocztówki z podobiznami królów, choć pewnie martwili się nieco, popijając drinki z palemką. W liceum szeptano, że wyjechały do Paryża, by zwiedzać, bywać, penetrować tamtejszą sztukę i wybiegi mody. A Humbert był znów niepewny, miał już wszystkie dziewczyny w mieście, z najładniejszych zrobił laleczki i zgubił gdzieś orientację.
Znów zaczyna sumiennie pracować w sklepie, a nocami modlić się przy obrazie Matki Boskiej od Popu. W bardzo religijnym miasteczku pojawia się nowy proboszcz, w kościele montuje specjalną skrzynkę na żetony, za kilka monet można kupić odpust i życzenia jak u złotej rybki. Sprowadza też jednorękich bandytów, pilnują parafii pod wezwaniem świętego Kitschu, strzelają, grają, i jeśli masz szczęście, losujesz u nich trzy Jezuski, wygrywasz opatrzność bożą na resztę dnia. Biznes się kręci jak karuzela zamontowana przed świątynią, wielki sukces, dawno nie widziano takich tłumów na niedzielnej mszy.
Ale Balthus wątpi i nie chodzi już do kościoła, woli w ciszy prosić i kusić Maryję ze swojego obrazu. Jest smutny, zabrakło mu dziewczyn w mieście i nie bardzo rozumie, dlaczego to tylko przeciwieństwa się przyciągają, czegoś mu brakuje i zaczyna się zastanawiać, dlaczego nigdy nie miał kolegów? Chciałby posmakować nowości, pomieszać i zmiksować, powymieniać się z kimś językami jak pokemonami, płciami i organami, żonglować nimi, nie przejmować się, czy pasują jak puzzle, seks to nie sprawa płci, a otworów, a ty czego dziś używasz w łóżku?
Matko Boska od Popu, plastikowe imię twoje. Coca-colą świeci neon twojej aureoli. Na scenie z  wszystkimi świętymi w dżinsach i cekinach. Hamburgera powszedniego. Zstąp na siedmiogłowym latającym spodku. Modlitwa o dobre dziewczyny wysyłana w kosmos, o miłych chłopców w głąb Ziemi. Zalej nas białym potokiem amerykańskiego snu na tylnym siedzeniu, niech sklei im twarze i gusta, niech będą gładkie i szczupłe, teraz i na wieki wieków, amen.
Humbert zaczyna skupować zagraniczne numery Vogue’a. Na osiemnaste urodziny dostaje od Maski Boskiej złote nożyczki, wycina nimi ładne panie i przystojnych mężczyzn, zaczyna kolekcjonować mody, style, części ciała, które wyjątkowo przypadły mu do gustu. Kończy szkołę i rozpoczyna życie dorosłego dziecka. Wciąż śni o pączkowych ustach mamy, ta wciąż dba o syna i jest dumna, że chce przejąć prowadzenie sklepu. Chłopak ma smykałkę do wytwarzania lalek, zawsze czuje wiosnę w ustach, nigdy mięty i marzy o eksperymentach.
Po kilku latach w paczce z zagranicy zamiast magazynu odnajduje Eteryczną Blondynkę. Jest szczupła jak modelka, ma twarz z gazet i ubrania z reklam. Przeprowadza się do ich miasteczka i od razu robi furorę. Wszyscy wariują, jest najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widzieli, ma Kota Śródziemnomorskiego i na powitanie przyrządza zupę numer pięć wszystkim swoim sąsiadom, w tym Humbertowi, który oczywiście znów się zakochuje.
Balthus nie zwykł próżnować, szybko próbuje, po kilku dniach już wie, że dziewczyna smakuje jak Paryż, nigdy tam nie był, ale dużo czytał i oglądał gazet. Eteryczna Blondynka fascynuje go i elektryzuje, jest tak delikatna, że boi się, że któregoś dnia po prostu zniknie lub wyparuje. Chodzą razem na randki i oglądają nocne niebo, mówi mu, że od dziecka słyszy ruchy planet, jak przyciągają się wzajemnie i twierdzi, ze chciałaby z nim zasiedlić Marsa. Humbert przytakuje, ale się boi. Nigdy nie opuszczał swojego miasta, czy tam też w wierzą w Boga, czy tam też Matka Boska będzie w stanie mu pomóc w razie kłopotów? Czuje, że w żołądku nowa dziewczyna wraz z śliną zasiała mu coś więcej, małe drzewko, jak arbuz u dziecka, rośnie i pomału rozsadza mu wnętrzności.
Mieszkańcy przecierają oczy, nie są pewni, czy nowa dziewczyna jest fatamorganą, fantasmagorią falującą na słońcu, wszyscy nieco zmartwieni, bo nie chodzi do kościoła, podejrzewają, że zaraz odleci. Humbert świetne się bawi, ale znów szybko się nudzi. Dużo rozmawia z jej kotem, który opowiada mu o egzotycznych krajach, o tym, że jest wiele bogów i inne rodzaje płci. Chłopak stwierdza, że to niemożliwe, ale Kot Śródziemnomorski jest przebiegły, siedzi pod tęczą z kolorowych ryb, zajada się i z szelmowską miną odpowiada, nie będziesz wiedział, dopóki sam nie sprawdzisz.
Dobrze.
Humbert i tak już zbyt długo się nudził. Zaprasza Eteryczną Blondynkę na noc do sklepu. Boi się, że ktoś jeszcze może usłyszeć o egzotycznych krajach, a poza tym była aktualnie najpiękniejszą kobietą w mieście. Pokazuje jej wszystkie swoje lalki, jest zachwycona, pyta się, czy którąś jej podaruje. Oczywiście, tę najlepszą. Słucha opowieści o kosmosie i równoległych wszechświatach, potem się rozbierają i piją drinki z palemką. Gotuje plastik w rondelku, dolewa jej go do kieliszka, jest różowy i ciepły jak ich ciała. Ściąga z niej foremkę i na końcu dekoruję brokatem.
Z dumą ustawia ją na wystawie i przez resztę nocy przygląda się swojej kolekcji. Nad ranem stwierdza ze smutkiem, że coś się zmieniło, że każdej z jego lalek czegoś brakuje. Wystawa jest niepełna i nie naprawi tego tutaj. Postanawia więc opuścić miasto, zabiera ze sobą Kota Śródziemnomorskiego i mocne postanowienie, że wróci jak syn marnotrawny. A mieszkańcy nazajutrz w tajemnicy i melancholii ulicy pomyślą, że Eteryczna Blondynka stała się tak delikatna i tak lekka, że odleciała na inną planetę, o czym zawsze marzyła. Przy okazji zabierając ze sobą nowego chłopaka.


niedziela, 6 sierpnia 2017

Modlitwa o lekcję gry na gitarze - część I

Modlitwa o lekcję gry na gitarze - część I

Matka Boska Plastikowa od Popu spoglądała na Humberta z onieśmieloną miną. Nie wstydziła się, że od Marylin Monroe dostała słynną sukienkę powiewającą w uniesieniu, bo nie można się wstydzić takich nóg. Były długie do nieba, stworzone z rozmysłem przez Boga, dobrze to sobie wymyślił, by również i on mógł wysoko tam podziwiać, smakować, kontemplować. Ani krztyny zażenowania z powodu swojego głębokiego dekoltu, był jak Fatima, czynił cuda i gapił się na grzeszników, kiwając groźnie palcem, przypominając, że pokusa jest płci pięknej. Na świętym obrazie była ikoną, popkultury aureolą mieniła się jak fałszywe złoto, urodą tandety i kiczu, zero wstydu, żaden skandal.
            Matka Boska Plastikowa czerwieniła się przy Humbercie, bo to niegrzeczny chłopiec. Serio niegrzeczny chłopiec. A ona o wszystkim wiedziała.

piątek, 21 lipca 2017

Burger Everetta

Burger Everetta

“I never said half the crap people said I did.”
Albert Einstein

Podrzędny bar w amerykańskim stylu, wokół kręcą się niespecjalnie ładne kelnerki, odsłaniają dużo, ale też nie warto patrzeć, bo to nienajlepsza z możliwych rzeczywistości. Ociągają się, mylą zamówienia i brzydko żują gumy. No i kręcą nosem, bo ich klient pali niemożliwie. Jednego za drugim, papieros za papierosem, dymi już prawie uszami i oknami, a jeszcze przed chwilą wydawało się, że to miejsce nie może być już bardziej brudne. Jednak podobno to szycha, szef kazał dogadzać, muszą więc co chwilę latać, dolewać dżin z tonikiem i podawać burgery, jednego za drugim. Co za obleśny typ, kelnerki szeptają między sobą, zakładając się, po którym pęknie, brzuch się nadyma, broda ocieka keczupem, brzuch nie przestaje rosnąć, okulary parują od dymu, ale gość nie zamienia się w bombę jądrową. Gość niczym się nie przejmuje, jest naukowcem, więc głównie fantazjuje i myśli Bóg-wie-o-czym. Na przykład: o miejscu, w którym góra burgerów i trzy paczki fajek na dzień to szczyt zdrowego trybu życia.

środa, 12 lipca 2017

Manifestyn

Manifestyn

Dzień dobry, chciałbym zostać uchodźcą.
Zakochać się w twojej córce, postawić jej kawę,
zabrać do kina, powiedzieć, że jest najlepsza,
że ma nogi jak miód, oczy ifryta, miętowy język,
kiedy palimy jednego papierosa na pół,
że wtedy kołdra przypomina mi wydmy,
siedem lasów, siedem gór, które musiałem przejść
w drodze do łóżka, na kolację i śniadanie,
ugotowałbym coś egzotycznego, pokazał dużo,
jak pali się fajkę zamiast ludzi.

wtorek, 23 maja 2017

Na koniec świata i jeszcze bliżej

Na koniec świata i jeszcze bliżej

fot. Agata Chylińska
Niedziela biała jak chmury, jak kitle i jak gorączka, która zawładnęła mieszkańcami Przezmarka w pewien majowy weekend. Do urokliwej wsi w pomorskim przyjechała grupka medyków, żeby za darmo przebadać tę niewielką społeczność. Udało się to prawie 80 mieszkańcom – daje to jakieś 20, może 25% całej ludności tej urokliwej miejscowości. I dużo, i mało. A chętnych było znacznie więcej, w kolejkach pod gabinetami, zaimprowizowanymi w salach szkolnych, dochodziło do kłótni, powstawały komitety kolejkowe. Aż chciałoby się powiedzieć z ironicznym uśmieszkiem, że przez ponad 25 lat nic się nie zmieniło.

sobota, 6 maja 2017

Nogi, które leczą

Nogi, które leczą

241543903, czyli wszystkim tym, którzy też pchają głowy tam, gdzie nie trzeba

Z nudów zjadam sobie właśnie pani nogi. Proszę się nie gniewać bardzo. Próbuję się delektować, ale nic z tego, zbyt łapczywie pochłaniam kawałek po kawałku, to silniejsze ode mnie. Pani ma nogi, które leczą. Są długie do nieba, zamiast skóry miód i rozlane mleko, nie ma co płakać, to wspaniały smak. Uśmiechają się, puszczając oczko. I tylko od czasu do czasu gdzieś nad kolankiem przydarzy się jakiś pieprzyk, bo przecież diabeł tkwi w przyprawach.
            I proszę, proszę, pani chyba właśnie popatrzyła, jak patrzę? Czy można prosić o jeszcze jeden raz?

niedziela, 26 marca 2017

Bordo 1

Bordo 1

Wszystkie postacie i przygody nie są fikcyjne i wydarzyły się na serio. No, prawie.
Dobrze, że moi znajomi z Bordeaux nie znają polskiego, bo miałbym pewnie kłopoty.
 Zmieniłem więc chociaż imiona.

Pięknie taplała się w błękicie tamtego neonu. Błękit był blady jak ona i tak samo jak ona od czasu do czasu mrugał do mnie, coś obiecując. Pół nocy próbowałem odgadnąć co. O tej porze zawsze zapadała tu szklana pogoda i spływała ludziom po twarzach niczym deszcz. Marina taplała się więc w świetle neonu i wyglądała jak mała dziewczynka kąpiąca się w kałuży. Miała nawet kalosze. Kalosze były od Givenchy’ego, a jej szorty chyba trochę za krótkie. Zawstydziłem się nieco, bo to trochę tak jakbym miał swoją własną lolitkę, Ma-ri-nę czubkiem języka schodzącą w trzech stąpnięciach po podniebieniu, by na trzy trącić o zęby.