wtorek, 23 maja 2017

Na koniec świata i jeszcze bliżej

Na koniec świata i jeszcze bliżej

fot. Agata Chylińska
Niedziela biała jak chmury, jak kitle i jak gorączka, która zawładnęła mieszkańcami Przezmarka w pewien majowy weekend. Do urokliwej wsi w pomorskim przyjechała grupka medyków, żeby za darmo przebadać tę niewielką społeczność. Udało się to prawie 80 mieszkańcom – daje to jakieś 20, może 25% całej ludności tej urokliwej miejscowości. I dużo, i mało. A chętnych było znacznie więcej, w kolejkach pod gabinetami, zaimprowizowanymi w salach szkolnych, dochodziło do kłótni, powstawały komitety kolejkowe. Aż chciałoby się powiedzieć z ironicznym uśmieszkiem, że przez ponad 25 lat nic się nie zmieniło.
            Ale jednak się zmieniło. W społeczeństwie jest większa świadomość chorób, większa chęć do bycia zdrowym, a co za tym idzie większa potrzeba lekarzy. Słyszymy to od dawna. I nie jest to czcze gadanie – na serio potrzebujemy więcej lekarzy. Mamy już w Polsce piękne szpitale, mamy w Polsce najnowocześniejszy sprzęt, mamy w Polsce EBM, a nie mamy lekarzy w Przezmarku. Pan wójt oferuje cieplutką posadę w tamtejszym ośrodku zdrowia, dorzuca mieszkanie, pomoc w urządzeniu się, świeże powietrze też gratis. Jak w filmie. A lekarzy jak nie było, tak nie ma. Nie ma też lekarzy w wielu innych wsiach, w miastach nie ma specjalistów, im dalej od dużych ośrodków, tym większe stawki. Im mniejszy stopień referencyjności, tym większe stawki. Tylko że tu nie o pieniądze chodzi, tych często nie brakuje w mniejszych gminach. Brakuje lekarzy. Czy to wina systemu, obecnego lub minionego, wina takiej a nie innej formy kształcenia podyplomowego, wina polityków, wina młodych, starych lekarzy – nie to o to chodzi, żeby szukać winnych, bo pewnie każdy ma po trochu swoje za uszami. Najsmutniejsze jest to, że od tylu już lat nic praktycznie się nie zmienia. Stoimy w miejscu.
            W miejscu nie stoi SASA*. Fundacja powstała ledwie kilka lat temu, bo studenci, młodzi ludzie nie chcieli czekać z założonymi rękami na dyplom lekarza, chcieli realnie pomagać, przydać się, faktycznie spełnić misję, jaką jest medycyna. Bo widzieli, że system nie działa dobrze. Bo bali się, że wpadną i już nie wyjdą z betonu. Bo mieli energię i chcieli zrobić coś teraz. Fajnie jest na studiach zapisać się do koła, napisać kolejną pracę o niczym, trochę fajniej poprzychodzić na dyżury, zszyć dwie głowy i napisać dziesięć historii chorób. Ale najfajniej jest naprawdę komuś pomóc, uratować zdrowie, może życie, a przy okazji nauczyć się badać, diagnozować, leczyć.
SASA to organizacja studencka powstała początkowo po to, by wspomagać sprzętem dramatycznie źle wyposażone szpitale w Tanzanii. Szybko jednak okazało się, że nie trzeba wcale daleko wyjeżdżać, by trafić do Afryki. Fundacja dziś zrzesza już kilkudziesięciu studentów i młodych lekarzy wyjeżdżających co roku do Afryki, na Ukrainę, organizujących zbiórki sprzętu medycznego i szereg akcji profilaktycznych typu „Białe Niedziele” w Polsce. SASA to piękni ludzie z pięknymi ideami i pomysłami na piękne życie.
A więc zorganizowali 14 maja „Białą Niedzielę” w Przezmarku. W gminie, w której przyjmuje 88-letni lekarz rodzinny, a pediatra jest 2 razy w tygodniu. We wsi, w której ludzie chcą dbać o swoje zdrowie, wcale tak dużo nie piją i nie palą, wiedzą co to borelioza. Studenci pomierzyli ciśnienie, cukier, cholesterol, pomogli lekarzom zbadać pacjentów, zrobić EKG, spirometrię, USG. Troje lekarzy przebadało prawie 80 pacjentów. Jestem rezydentem w trakcie specjalizacji z pediatrii, żadnym wielkim wirtuozem diagnostyki, do projektu zaproszono mnie w sumie przypadkiem i miałem sporo obaw. Zupełnie niepotrzebnych. W takich akcjach można tylko pomóc. Przyszło kilku naprawdę chorych pacjentów, kilku z potencjalnie niebezpiecznymi chorobami lub powikłaniami, problemami wcale nie dyskretnymi, do wyłapania przy pierwszej lepszej okazji. Praca na pełnych obrotach od rana do wieczora. Nie zapewniliśmy oczywiście specjalistycznych usług, zrobiliśmy jedynie przesiew i profilaktykę. Niby nic, a jednak trochę dobra. I wszystkim było mało! Gdybyśmy pojechali tam kolejny weekend z rzędu, na pewno nie narzekalibyśmy na brak zajęcia.
Nie pojechaliśmy tam po to, żeby zbawić świat. Ale też nie po to, żeby zwiedzać. Chcieliśmy pokazać, że dostrzegamy problem, w jakim znalazła się polska opieka zdrowotna, że nie podoba nam się to, że tylu ludzi w dobrze rozwiniętym kraju ma utrudniony dostęp do lekarzy, że mamy małą Afrykę w Polsce.
Studentom z SASA na początku nie podobało się to, że nie wszyscy na świecie mają dostęp do podstawowych środków medycznych, wzięli sprawy w swoje ręce, pomogli najpierw Tanzanii, a gdy zorientowali się, że problemów wcale nie trzeba szukać za granicą, zaczęli pomagać na rodzimym podwórku. Są wolontariuszami, ale to nie jest tak, że robią to zupełnie bezinteresownie. Dzięki pracy w fundacji zdobywają cenne doświadczenie, uczą się prawdziwej medycyny, a nie tylko receptorów i cyklów Krebsa, wreszcie zdobywają środki na wyjazd, na przykład do Afryki. Gdzie też zresztą będą się dalej się rozwijać, zdobywać wiedzę, zawozić sprzęt, dorzucać cegiełkę do cyrkulacji dobrej karmy. Mają fajną energię i zajawkę na to, żeby coś skruszyć w betonie. Tak się kształtują naprawdę dobrzy lekarzy – z jednej strony o doświadczeniu klinicznym nie do przecenienia, z drugiej świadomych codziennych trudności swoich pacjentów.
Wszyscy narzekamy i nic nie robimy. Wszyscy widzimy problem, wytykamy palcem. A SASA udowadnia, że można wziąć sprawy w swoje ręce, że to wcale nie takie trudne zorganizować coś oddolnie, potrzeba tylko trochę chęci i trochę ludzi. Nigdy nie będę pozytywistą i dobrze zdaję sobie sprawę, że taka praca u podstaw to tylko kropla w morzu potrzeb, że nie wygramy z systemem. Ale przynajmniej komuś pomożemy. Fundacja SASA zamierza powtórzyć akcję jesienią i przykre jest to, że nie będzie miała większych problemów ze znalezieniem kolejnego miejsca w Polsce, gdzie dostęp do lekarzy i specjalistów jest utrudniony. Zresztą „Białe Niedziele” to były kiedyś całkiem popularne akcje.
Dlaczego jest ich ostatnio mniej?
A może, lekarzu, kolego, koleżanko, zorganizujmy się czasem. Na Mazurach albo w Bieszczadach może być równie przyjemnie co na zjazdach. Trochę smutno się robi, gdy pomyśli się, ile materiałów, próbek i papieru marnuje się po wszelkich konferencjach. Być może mogłyby być wykorzystane w nieco szczytniejszych celach?
Studenci z SASA wyjeżdżają pomagać do Afryki, wydaje się, że to koniec świata albo jeszcze dalej. I chwała im za to. Powinniśmy jednak zadbać też o to, żeby do Tanzanii nie było nam bliżej niż do Przezmarku.



Michał Erazmus


*Link do oficjalnej strony: SASA
*Szukajcie ich też na fejsie: click!

sobota, 6 maja 2017

Nogi, które leczą

Nogi, które leczą

241543903, czyli wszystkim tym, którzy też pchają głowy tam, gdzie nie trzeba

Z nudów zjadam sobie właśnie pani nogi. Proszę się nie gniewać bardzo. Próbuję się delektować, ale nic z tego, zbyt łapczywie pochłaniam kawałek po kawałku, to silniejsze ode mnie. Pani ma nogi, które leczą. Są długie do nieba, zamiast skóry miód i rozlane mleko, nie ma co płakać, to wspaniały smak. Uśmiechają się, puszczając oczko. I tylko od czasu do czasu gdzieś nad kolankiem przydarzy się jakiś pieprzyk, bo przecież diabeł tkwi w przyprawach.
            I proszę, proszę, pani chyba właśnie popatrzyła, jak patrzę? Czy można prosić o jeszcze jeden raz?

niedziela, 26 marca 2017

Bordo 1

Bordo 1

Wszystkie postacie i przygody nie są fikcyjne i wydarzyły się na serio. No, prawie.
Dobrze, że moi znajomi z Bordeaux nie znają polskiego, bo miałbym pewnie kłopoty.
 Zmieniłem więc chociaż imiona.

Pięknie taplała się w błękicie tamtego neonu. Błękit był blady jak ona i tak samo jak ona od czasu do czasu mrugał do mnie, coś obiecując. Pół nocy próbowałem odgadnąć co. O tej porze zawsze zapadała tu szklana pogoda i spływała ludziom po twarzach niczym deszcz. Marina taplała się więc w świetle neonu i wyglądała jak mała dziewczynka kąpiąca się w kałuży. Miała nawet kalosze. Kalosze były od Givenchy’ego, a jej szorty chyba trochę za krótkie. Zawstydziłem się nieco, bo to trochę tak jakbym miał swoją własną lolitkę, Ma-ri-nę czubkiem języka schodzącą w trzech stąpnięciach po podniebieniu, by na trzy trącić o zęby.

środa, 15 lutego 2017

Dwa miesiące później

Dwa miesiące później

Sprawa nie wygląda słodko. Od dwóch miesięcy upijał się dzień w dzień, a to w końcu ciężka harówka. Do tego miał słabą głowę i żyrafę w szafie. Trochę szkoda, że właśnie leży przede mną martwy, bo będę musiała zająć się cętkowanym zwierzakiem, gdy wrócę już do domu.
            Drogi pamiętniczku, chciałabym ci móc napisać, że właśnie wpadam w panikę, że wytrzeźwiałam w sekundę, że w sumie to niechcący. Tymczasem krew na rękach, tulipanie i szpilkach. Notuję wszystko skrzętnie w głowie i upominam się w duchu, by zapamiętać tę właśnie kolejność. Nieźle będzie wyglądać na papierze.

wtorek, 3 stycznia 2017

Gdyby mgła

Gdyby mgła

Odkąd pamiętam, tuż za naszym domem rozciągały się pola. Ogromne obszary i rosnące tam przedziwne rośliny. Jeszcze dziś brzmią mi słodko opowieści z dzieciństwa, tak jakby wspomnienia mogły czarować, przyzywać ulotną woń zbieranych kwiatów i ostry zapach przeszywający powietrze, gdy ścięło się niepozorne zioła. Dzikie zarośla od zawsze wabiły i intrygowały, jednak nigdy nic tam nie uprawiano. Bo nie było potrzeby, bo nie umiano, bo się nie chciało, wreszcie – bo Dziadek zabraniał. I tak ciemnozielone chaszcze stopniowo i z determinacją opanowały ten nasz skrawek. Ilekroć spojrzałem za okno, odnosiłem wrażenie, że toczy się tam nieustająca walka, że chwasty nieporządnie, w każdym kierunku, swymi wijącymi się, kipiącymi od zielonego soki łapskami pomału próbują zapanować nad światem. Czasami jednak, w świetle zachodzącego słońca, udobruchany i zauroczony wpatrywałem się w obraz jakby pędzla artysty-modernisty, który niby celowo porozrzucał na płótnie barwne plamy.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Pudełko

Pudełko

Dzień przed świętami spotkał w klubie elfa. Zamiast czerwonej sukienki miała czerwoną czapkę Mikołaja, postawił więc jej drinka z colą i zaśpiewał modną kolędę o jej długich nogach, długich uszach, długich włosach. Klub był dusznym pudełkiem i leżał gdzieś pomiędzy Warszawą a Nowym Betlejem, zresztą tylko on był otwarty w święta i pewnie gdyby Maryja z Józefem szukali teraz schronienia, nikt ich by tu nie szukał. Z sufitów do góry nogami zwisały choinki z kulami dyskotekowymi zamiast bombek, padał śnieg jak w Kolumbii, a ludzie pod jemiołą tańczyli z obcymi językami z Wieży Babel. Przetańczył więc ze swoją elfką całą noc, dobrze się bawił i chciałby więcej. Częściej. Miał nadzieję, że z wzajemnością i od pierwszego wejrzenia. Trochę się rozmarzył. Tracił dech. Na serio świeciła się w ciemności. Miał wrażenie, że jej włosy to lampki, kolorowe łańcuchy oplatały szyję, mógłby zejść niżej, już mijał obojczyki jak horyzonty zdarzeń, jej ciało było ciepłe jak mróz na policzkach i już prawie słyszał, jak jej równy oddech paruje mu w policzek, kiedy nagle naprawdę poczuł jej język w swoim uchu. Chciała się pożegnać, musi lecieć, było miło. Nie dała się odprowadzić, zamówiła ubera i już po chwili pod drzwi klubu zajechał Święty Mikołaj w saniach. Popatrzył groźnie, popędził renifery i sekundę później szybowali gdzieś nad Wisłą. Było miło i całe szczęście, że wciąż wierzył w Świętego Mikołaja, bo już by musiał uznać, że mu się przyśniła ta piękna elfka.

czwartek, 17 listopada 2016

Cała moja filmografia

Cała moja filmografia

Odpowiedziała, że może pójść ze mną do kina co najwyżej na film, którego już dawno nie grają. Dopytałem, czy obiecuje. Zaśmiała się i zapewniła, że postawi mi wtedy nawet popcorn, żebym mógł sobie sięgać pomiędzy jej nogi i nerki. Oczywiście ona jest na diecie i zjadłaby tylko cztery ziarenka, bo wierzy w parzyste liczby, studiuje ekonomię i potrafi policzyć, ile kosztuje kolba kukurydzy między nogami mężczyzny. No ale przecież nie weźmiesz mnie na film, którego już dawno nie grają, znów się zaśmiała.
Wezmę cię.