środa, 15 lutego 2017

Dwa miesiące później

Dwa miesiące później

Sprawa nie wygląda słodko. Od dwóch miesięcy upijał się dzień w dzień, a to w końcu ciężka harówka. Do tego miał słabą głowę i żyrafę w szafie. Trochę szkoda, że właśnie leży przede mną martwy, bo będę musiała zająć się cętkowanym zwierzakiem, gdy wrócę już do domu.
            Drogi pamiętniczku, chciałabym ci móc napisać, że właśnie wpadam w panikę, że wytrzeźwiałam w sekundę, że w sumie to niechcący. Tymczasem krew na rękach, tulipanie i szpilkach. Notuję wszystko skrzętnie w głowie i upominam się w duchu, by zapamiętać tę właśnie kolejność. Nieźle będzie wyglądać na papierze.
            Ale to najwyższy już czas wziąć się w garść i przejść do konkretów. Szybko więc oszacowuję stan rzeczy. Trup nad toaletą, dowody i narzędzie zbrodni. Ładnie tak wygląda, jest spokojny, zawieszony gdzieś pomiędzy uniwersum spłuczki a życia wiecznego. Nie żebym go żałowała, ale jednak. Czerwona plama na jego blond włoskach krzywi się do mnie ponurym grymasem, niemym wyrzutem sumienia. Naprawdę myślałam, że to trudniejsze. Bo wychodzi na to, że zabić człowieka to bułka z masłem, pusta butelka i zdesperowana kobieta.
            Ale znowu odpływam, a danie przecież stygnie. Postanawiam sprowadzić pomoc, gwardię honorową frajerów, co to za jednym odsłoniętym kolankiem gotów są skoczyć w ogień. Zostawiam denata sam na sam nad studnią jak z Ringu, chyba się nie obrazi, niech się chłopak uczy, na kobiety trzeba czekać, choćby w zaświatach.
            Szybka akcja, krótka piłka, showtime, który chętny? Siadam przy barze, chwilę się rozglądam i łapię ich wzrok. Nie ma to jak czerwona sukienka. Wyciągam papierosa, obracam w dłoniach, pokazuję, jakie mam sprawne paluszki, długie paznokcie, zamykam w dłoni ich wzrok. I czekam na bohatera.
            Przysiada się dwóch gości. Dobrze, będzie im łatwiej przenieść trupa. Proszę, proszę, jest i rycerz z zapalniczką, ręce mu się trzęsą, płomyczek gaśnie, co za fajtłapa, z kim ja muszę pracować. Ale robię dobrą minę do złej gry. Coś mówią, przytakuję, może być i brydż, i tak cię nie słyszę, dziadek leży w kiblu, a didżej dalej te swoje basy.
            Zaciągam się mocno i powoli, smakuję jak na ostatniej wieczerzy. Zastanawiam się, jak ich podejść, uśmiecham się zalotnie i wydmuchuję dym prosto w przystojnego fajtłapę. Z reguły na tego typu okazje rozum zostawiam w domu, więc naprawdę trudno mi coś sensownego wymyślić, nie silę się więc na wysublimowane strategie i sięgam po środki prymitywne, acz skuteczne. Gram dekoltem i zapraszam do siebie, powinno zadziałać.
            Mówią, że mają samochód, fantastycznie, golfa, zawsze powtarzam, że tylko czarne świadczą o prawdziwej męskości. Bo, widzicie, mój młodszy brat poczuł się gorzej i potrzebuję pomocy. Coś mi się wydaje, że powinnam poważnie pomyśleć o zawodzie femme fatale na stałe.
            Schodzimy w dół z wysokich, barowych krzeseł, ląduję twardo i niezdarnie na swoich dwunastkach. Dwójka supermanów pokazuje na mnie pobłażliwie, coś szepcze, patrzę jednak na nich pogardliwie, bo i tak wiem, że moje obcasy dłuższe są od ich lizaków. Pewnie już się tam gotują w rozporkach, gotowi do zatknięcia flagi, postawienia masztu i reszty. Ale najpierw, moi mili, obowiązki.
            Ciągnę jednego za spocony nadgarstek w kierunku toalet, dokładnie czuję puls, przyspieszające uderzenia serca, się chłopak zdenerwował. Prowadzę nasz nierównoboczny trójkącik przez klubowy budyń ciał, jedyny taki kolorowy stan skupienia. Pojedynczymi błyskami światła muzyka wypełnia przestrzeń, zalewa oczy i przyjemnie kłuje w mózg. Wszyscy podskakują jak w transie, ale my nie potańczymy, może inny razem, choć raczej wątpię.
            Dochodzimy, bez satysfakcji, przynajmniej do czasu. Sezamie, otwórz się, teatralnym gestem otwieram liche drzwiczki kabiny. A tam, cholera, nie ma go! I już nie wiem, czy się cieszyć, czy płakać, przecież nie mógł wniebowstąpić. Znów, drogi pamiętniczku, zaczynam wpadać panikę, szkoda, że cię tu nie ma, zabawiasz się pewnie tam w domu, po kryjomu z resztkami mojego rozumu.
            Jesteś, dziękować Bogu, nagle słyszę za sobą jego głos, już się martwiłem, że tobie też coś się stało. Odwracam się i faktycznie doświadczam cudu zmartwychwstania, niedoszły denat opiera się o umywalkę. Niewzruszony uśmiecha się i głupkowato macha, po chwili spokojnie dodaje, wskazując na zegarek, że umrze dokładnie za dwie godziny. Że to chyba jednak poważna sprawa. A ja trochę się mu dziwię, bo gdyby to mnie ktoś próbował zabić, raczej nie zajmowałabym się wieszczeniem.
            W końcu porozumiewawczym spojrzeniem decydujemy, czas opuścić lokal. A dwójka głupków do pomocy przy trupie zostaje nad kiblem, chłopcy, przecież możecie się pobawić sami. Po raz drugi tej nocy zatrzaskuję drzwiczki toalety. Z gracją damy podaję rękę panu nieboszczykowi, koleżko, idziemy przehulać ostatnie twe godziny.
            To zresztą ciekawe, myślę. A ty co byś zrobił ze swoimi dwiema godzinami przed śmiercią? And what now? Znowu upominam się w duchu, by zapamiętać, po angielsku wszystko brzmi lepiej, nawet największa głupota. Zamykam w mózgu przegródkę ‘do zapisania’ i wracam do rzeczywistości, do sceny umierania mojego towarzysza.
            Tymczasem wychodzimy na Mazowiecką, po lewej, droga wycieczko, mijamy Zachętę, potem w prawo i nurkujemy głębiej, w dół, w stronę Wisły. Marzec zimny jak skurwysyn nocą smakuje lepiej. Już bez śniegu, ale z księżycem nadzianym gdzieś za plecami na Pałac Kultury. A ja już wiem, czego brakuje na obrazku, nic tak nie dopełnia kompozycji jak butelka.
            Po drodze spotykamy jakiś znajomych, zresztą o tej porze, w tym stanie wszyscy są przyjaciółmi. Kiwają niepewnie i asekuracyjnie, by się przy okazji nie przewrócić, nie potknąć o krawężniki wielkości pijanych Tatr. Jest tu taki monopolowy, kotku, zaprowadzę, to całkiem niedaleko. Gra cwaniaka, myśli, że Warszawiak. I znów przyglądam się czerwonej plamie na jego blond głowie.
A więc to już koniec, zastanawiam się i przypominam sobie, że wszystko zaczęło się w Sylwestra. O dwunastej, w samą północ. Wyszedł z butelki szampana wraz z pierwszymi bąbelkami. Witam, madame, na imię Noworoczne, na nazwisko Postanowienie, przedstawił się, choć dobrze się znaliśmy.     
            Układ był prosty. Ja postanawiam, on pilnuje. Że nie piję, że ćwiczę, że się pilnie uczę. Wprowadził się już następnego dnia, wziął ze sobą żyrafę, ale trzymał ją w szafie, bo gryzła dywan. I z góry stwierdził, że pewnego dnia i tak nie wytrzymam, i go zabiję. Więc dzień w dzień upijał się za naszą dwójkę, bo z głową w toalecie łatwiej szukać silnej woli. Taka już dola Noworocznego Postanowienia.
            Z zamyślenia wyrywa mnie jego głos. Jak na uczestnika swojej posługi zachowuje się nadzwyczaj spokojnie. Kupił ruskiego szampana. Mówi, że to taka klamra kompozycyjna, a ja znów przyłapuję się na analizowaniu, czy cięższą butelkę łatwiej rozbić na głowie, czy bąbelki mogą zamortyzować uderzenie.
            Ruszamy w dalszą drogę. Latarnie mrugają do nas i żalą się jak ulicznice, gdzieś z oddali dochodzą strzępy muzyki, ale ja już nie pamiętam, co to za klub, co to za miejsce. Dwie kamienice świecą się odpicowane, niezłe, żydowskie burżujstwo i tylko pomiędzy nimi straszy czarny, osmolony budynek. Warszafka płonie, nucę dalej, ale to już chyba inna piosenka i inna bajka.
            Z wielką pomp, acz nieco niezdarnie, bo już opuszczają go siły witalne, Noworoczne Postanowienie otwiera szampana. I mówi, suma nałogów, bejbe, jest stała. A ja konsekwentnie, jak przed wysokim pod niebo sądem, usprawiedliwiam swoje morderstwo, próbuję wszystko zwalić na wiosnę, na chlorofil spływający z drzew, głośno sączącą się wśród gałęzi zielona ruję.
Postanowienie szepcze mi na ucho, przestań pieprzyć, a ja odbieram mu butelkę i zaczynam biec, jego cień zabieram na wycieczkę. Już niedaleko, tuż tuż, już niedługo, dwie godziny to cholernie mało czasu. Wybrzeże Kościuszkowskie wita nas stukotem obcasów, moich chwiejnych dwunastek, a Wisłę, drodzy obywatele, czuć z daleka.
Na prawo most, na lewo most, my śpiewamy na tym środkowym. Spacerujemy wzdłuż barierki, wychodzimy na środek, przechylamy się i patrzymy. Z prądem przepływają szare miraże, metamorfozy, żaden tam Owidiusz, najprawdziwszy świat krzywi się pod wodą. Rzeka niewyraźnie odbija światła z oddali, rozfalowując księżyc, resztki chmur i nasze zmęczone twarze.
            Moje Noworoczne Postanowienie opiera się niepewnie o barierkę i przygląda mi się wzrokiem „a może pożegnalny szybki numerek na zakończenie lichego mego żywota”. Ale ja się nie dam, nie jestem pierwsza łatwa, faceci to jednak do końca zachowują twardy mózg w spodniach.
            Zabawmy się w chodzenie po wodzie, mówi nagle podnieconym głosem, ja będę Jezusem, a ty Madonną. Dobra, zgadzam się, ale skaczesz pierwszy. Wręczam mu butelkę i klepię po plecach, z przyzwyczajenia, już tylko odruchowo sprawdzam czerwoną plamę. Upewniam się, że to żadne złudzenie i faktycznie wydaje się być nieco bledszy, nieco lichszy, bez powietrza, jak dętka chudy.
            I dziwię się, że nie porywa go wiatr, gdy spada w dół. To chyba dzięki tej butelce, do połowy pustej, żeby nie było. Z pluskiem ląduje w dole i z zawodem stwierdzam, że jednak nie umie chodzić po wodzie. Jak w zwolnionym tempie kręgi rozchodzą się w cztery strony świata, wszystko płynie i oznajmia, że Postanowienia upadają jak fortepiany. Zamordowane, ubite pustą butelką w tył głowy. Zwisam już głową w dół, gdy słyszę za sobą pisk opon.
            Hej, madame, nie skacz, ktoś krzyczy za moimi plecami. Odwracam się i widzę dwóch frajerów z klubu, noc jeszcze młoda, myślę w duchu. Zaparkowali czarnym golfem tuż przy krawężniku i kiwają, i zapraszają do środka.
Przez moment zrobiło mi się jednak trochę smutno, bo przecież wrócę rano do domu, jedynie do żyrafy w szafie i przez najbliższe dziesięć miesięcy znów będę sama, bez najlepszego przyjaciela kobiety. Patrzę jednak na machających z samochodu supermanów z przypadku, dobry humor szybko wraca. Spotkamy się za rok, Noworoczne Postanowienie, obiecuję w duchu i stukam obcasami do mych nowych towarzyszy.


Michał Erazmus

wtorek, 3 stycznia 2017

Gdyby mgła

Gdyby mgła

Odkąd pamiętam, tuż za naszym domem rozciągały się pola. Ogromne obszary i rosnące tam przedziwne rośliny. Jeszcze dziś brzmią mi słodko opowieści z dzieciństwa, tak jakby wspomnienia mogły czarować, przyzywać ulotną woń zbieranych kwiatów i ostry zapach przeszywający powietrze, gdy ścięło się niepozorne zioła. Dzikie zarośla od zawsze wabiły i intrygowały, jednak nigdy nic tam nie uprawiano. Bo nie było potrzeby, bo nie umiano, bo się nie chciało, wreszcie – bo Dziadek zabraniał. I tak ciemnozielone chaszcze stopniowo i z determinacją opanowały ten nasz skrawek. Ilekroć spojrzałem za okno, odnosiłem wrażenie, że toczy się tam nieustająca walka, że chwasty nieporządnie, w każdym kierunku, swymi wijącymi się, kipiącymi od zielonego soki łapskami pomału próbują zapanować nad światem. Czasami jednak, w świetle zachodzącego słońca, udobruchany i zauroczony wpatrywałem się w obraz jakby pędzla artysty-modernisty, który niby celowo porozrzucał na płótnie barwne plamy.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Pudełko

Pudełko

Dzień przed świętami spotkał w klubie elfa. Zamiast czerwonej sukienki miała czerwoną czapkę Mikołaja, postawił więc jej drinka z colą i zaśpiewał modną kolędę o jej długich nogach, długich uszach, długich włosach. Klub był dusznym pudełkiem i leżał gdzieś pomiędzy Warszawą a Nowym Betlejem, zresztą tylko on był otwarty w święta i pewnie gdyby Maryja z Józefem szukali teraz schronienia, nikt ich by tu nie szukał. Z sufitów do góry nogami zwisały choinki z kulami dyskotekowymi zamiast bombek, padał śnieg jak w Kolumbii, a ludzie pod jemiołą tańczyli z obcymi językami z Wieży Babel. Przetańczył więc ze swoją elfką całą noc, dobrze się bawił i chciałby więcej. Częściej. Miał nadzieję, że z wzajemnością i od pierwszego wejrzenia. Trochę się rozmarzył. Tracił dech. Na serio świeciła się w ciemności. Miał wrażenie, że jej włosy to lampki, kolorowe łańcuchy oplatały szyję, mógłby zejść niżej, już mijał obojczyki jak horyzonty zdarzeń, jej ciało było ciepłe jak mróz na policzkach i już prawie słyszał, jak jej równy oddech paruje mu w policzek, kiedy nagle naprawdę poczuł jej język w swoim uchu. Chciała się pożegnać, musi lecieć, było miło. Nie dała się odprowadzić, zamówiła ubera i już po chwili pod drzwi klubu zajechał Święty Mikołaj w saniach. Popatrzył groźnie, popędził renifery i sekundę później szybowali gdzieś nad Wisłą. Było miło i całe szczęście, że wciąż wierzył w Świętego Mikołaja, bo już by musiał uznać, że mu się przyśniła ta piękna elfka.

czwartek, 17 listopada 2016

Cała moja filmografia

Cała moja filmografia

Odpowiedziała, że może pójść ze mną do kina co najwyżej na film, którego już dawno nie grają. Dopytałem, czy obiecuje. Zaśmiała się i zapewniła, że postawi mi wtedy nawet popcorn, żebym mógł sobie sięgać pomiędzy jej nogi i nerki. Oczywiście ona jest na diecie i zjadłaby tylko cztery ziarenka, bo wierzy w parzyste liczby, studiuje ekonomię i potrafi policzyć, ile kosztuje kolba kukurydzy między nogami mężczyzny. No ale przecież nie weźmiesz mnie na film, którego już dawno nie grają, znów się zaśmiała.
Wezmę cię.

czwartek, 3 listopada 2016

Królicze serce


Królicze serce

Tosiek nie rozumiał. Nie wiedział, dlaczego wszyscy posmutnieli, dlaczego babcia ubiera się na czarno, dlaczego nawet pogoda zbuntowała się, rysując swoimi łzami szlaczki na oknach. Świat na zewnątrz zdawał się wsiąkać nieskończone ilości wody, a spadające z nieba słone krople wystukiwały hipnotyzujący rytm w cichym domu.
Nikt nie chciał się bawić z Tośkiem, jedynie biały królik Zguba towarzyszył mu z tym samym entuzjazmem, co zawsze. Wypełniał milczenie dorosłych, którzy się chowali gdzieś po kątach i zza firanek obserwowali szare drzewa za oknem.

niedziela, 16 października 2016

Mars i Sawa

Mars i Sawa

„Miło cię widzieć.”
Neon na Moście Gdańskim w Warszawie

Chciała być tylko mądra, piękna i bogata. I serio się starała. Kiedy Sawa przyjechała do tego miasta, wydawało jej się, że Pałac Kultury to rakieta, która zabierze ją w kosmos. Myślała, że dotknie gwiazd, będzie błyszczeć jak Słońce, zasiedli z kimś Marsa. A więc kilka lat temu wysiadła z pociągu w tym obcym i szarym mieście, Pałac Kultury świecił się jak w Ameryce na kolorowym kosmodromie, weszła do środka i pojechała na samą górę. Wystrzeliła. No i Houston mamy problem, bo na samej górze wciąż była za mała. Nabrała za to trochę gwiazd do wiaderka z wodą, zaniosła do swojej małej kawalerki i rozlała na suficie. Serio się starała, ale cały czas była tylko inteligentna, miła i ambitna.

piątek, 2 września 2016

Bordo 5

Bordo 5

Wszystkie postacie i przygody nie są fikcyjne i wydarzyły się na serio. No, prawie…
Dobrze, że moi znajomi z Bordeaux nie znają polskiego, bo miałbym kłopoty.

Kupujesz lodówkę, bo jesteś już duży, powiedział mi Wielki Murzyn. Nie mieścił się w drzwiach i z politowaniem patrzył na futrynę. A ja wcale nie byłem pewien, czy to groźba czy oferta. Simon zajmował się lodówkami od zawsze, wszyscy mi go polecali i zapewniali, że załatwi mi to, czego potrzebuję. Mieszkałem w Bordo od trzech dni i wciąż nie miałem lodówki. Wydawało mi się wtedy, że już bardziej dorosłym nie da się być, a lodówka na zawsze miała się stać symbolem dorosłości. 241543903 – zadzwoniłem do Simona, a ten już po chwili stał przed moimi drzwiami i rozważał wygięcie futryny jak czasoprzestrzeni.
A więc kupuję lodówkę, bo jestem już duży.