poniedziałek, 11 grudnia 2017

Przecier z ukochanego

Przecier z ukochanego

Mordercze Pomidory zdradziły mi sekret. Spotkałam je kiedyś na imprezie, sączyły kwaśne drinki, wiadomo, cześć mała, gadka-szmatka o tym, że mam gładką buzię, długie do nieba nogi i że wzbudzam erekcje nawet u warzyw. Technicznie rzecz biorąc, jesteśmy owocami. Czerwonymi, soczystymi i krwiożerczymi. W sumie to zero pomysłu na podryw, nieśmieszne żarty o marchewkach i fatalne ruchy na parkiecie. Ale zdradziły mi sekret. Chciały wytłumaczyć co i jak. Znam się na takich, odsłaniam kolanko, to zawsze działa, łapią haczyk, daję im swój numer, a one mi przepis na przecier z ukochanego.
            Nauczyły mnie, że zbrodnia doskonała istnieje, mieszka pod łóżkiem każdej dziewczyny i pragnie się stamtąd wyrwać. A ja jestem w końcu Prawdziwą Buntowniczką. Najważniejsze, żeby kupić odpowiedni makaron, w kształcie gwiazdek – miniaturowych pentagramów – powinien być al dente. Każdy wytrawny zabójca pomidorów o tym wie i przyznaje, że sekret sukcesu tkwi w humanitarnym podejściu do ofiar.
            No więc dowiedziałam się, że najlepszą formą zabijania jest utopienie w łyżce mojej ulubionej zupy - nie wiadomo wtedy, czy to krew, czy pomidorówka kap-kapią na podłogę wraz z przecierem z ukochanego. Naprawdę nie chciałam, zmusił mnie do tego. Można uznać, że swoim zachowaniem sam popchnął mnie w objęcia Diabła i morderstwa.
Pewnego dnia mój chłopak powiedział, ot tak, z zaskoczenia, bez konkretnego powodu, że to koniec i postanowił mnie rzucić. O nie, mój drogi, nie zgadzam się. Tupię ze złości nóżkami, i myślę o tym, że nie ma wyjścia - trzeba zabić. I zjeść. Jedynie wtedy będę mieć gwarancję, że na zawsze pozostanie ze mną. Czyli ugotowałam zupę pomidorową, zmiksowałam ukochanego i dla kompozycji dodałam szczyptę lubczyku, no bo to podobno afrodyzjak. Na końcu, delektując się czerwonym smakiem, uśmiechnęłam się do pentagramiku pokazującego rogi w mojej łyżce. Skarbie, od Prawdziwych Buntowniczek się nie odchodzi.
            Teraz bardzo się cieszę i przyjemnie mi. Gdzieś tam w brzuchu i niżej.
            A poza tym, że zjadłam swojego chłopaka, mam na imię Erazma i lubię się buntować, trochę jak Spartakus. Mówią, że wyglądam jak dziewczyna z amerykańskich teledysków, tylko odrobinę mniej ubrana. Studiuję, nie pracuję, mieszkam daleko od rodziców. Hoduję żyrafę w szafie i muszę być ostrożna, bo płonie, gdy spojrzy na nią jakiś mężczyzna. Wierzę w Boga i w Szatana, a najbardziej w USA, lans i Sida Viciousa, najchętniej zostałabym jego groupie, oczywiście gdyby jeszcze żył. Jestem więc prawie jak Nancy, tylko bez długiego basu (w sobie) swojego gitarzysty, a zamiast w trasie koncertowej czas spędzam głównie na uniwersytecie, gdzie posłali mnie rodzice. Ale tu też są fajne imprezy, więc bardzo się tym nie martwię. No i mamy tutaj akademik, taki plac zabaw dla starszych dzieci - wiadomo, uciecha z gumą i bez, dużo też gramy w chowanego, głównie chodzi o to, żeby znaleźć język i nie kryć się pod sukienką.
            Czasami tęsknię za mamą i tatą, dlatego co miesiąc wysyłam im pocztówki, a oni odpisują na zielonych kartkach z podobizną George’a Washingtona, są tacy kochani.
            Kiedyś byłam grzeczna, słuchałam rodziców, chciałam zostać lekarką albo prawniczką, już nie pamiętam. Potem nauczyłam się, że część zdania przed ale jest nieważna i teraz wiem, że trzeba, należy, wypada,  a l e  fajniej i przyjemniej jest się buntować, trochę tak jak w Bostonie lubią pić herbatkę. Może być też Hollywood, bo marzę o karierze Gwiazdy. A wszyscy profesorowie bardzo mnie lubią i mówią, że daleko zajdę, bo jestem głęboka jak gardło i mam słodkie niebieskie migdałki. Nie wiem tylko, dlaczego zawsze myślą, że mam na imię Dolores.
            Pierwsza zasada wszystkich podręczników: na uniwersytetach najważniejsze są imprezy.  Podobno, tak słyszałam, kto nie bywa, ten przegrywa, zjadają go potwory i trawią na wieki-wieków-amen. A więc staram się unikać bestii, płynem i proszkiem wypędzać upiory z mojej głowy. Metoda działa pod warunkiem, że dbasz o brak zjazdów i nie pamiętasz powrotów do domu. Tak poznałam swojego chłopaka. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie postanowił pobawić się w romantyczne dramaty filmowe. Serio, musiałam zrobić z niego przecier i zjeść jak zupę.
            Teraz łaskocze mnie od środka i to jest fajne, ale bywa mi też smutno. Zmartwiłam się, bo w końcu bardzo go lubiłam, dbał o mnie i stawiał lody w kinie. I gdyby nie przyszedł do mnie Diabeł, nie wiedziałabym co począć. Władca piekieł wyczuł pismo nosem, przyniósł cyrograf i oznajmił, że wszystko da się załatwić: „Mogę sprawić, że znów będziesz wesoła i uśmiechnięta. To naprawdę sprawdzony towar, kochaniutka, wystarczy jeden podpis.  O,  dokładnie tu. Swoim długim, krzywym palcem pokazuje miejsce na papierze i czyni niedwuznaczne propozycje. Niech będzie, raz się żyje. Na dodatek obiecuje mi, że dzięki niemu wyląduję wśród prawdziwych Gwiazd. Tak, tak, czyli zgoda i już po pół godzinie świętujemy razem na imprezie.
            Trzeba przyznać, że miał gest, nie potrzebował kieliszków, stawiał każdemu. Toasty w górze jak zielony dym, który wypuszczał każdym otworem ciała. Nawet nie musiał nic palić, żeby się zaciągać, a wokół niego unosiła się słodka chmurka od której puchły oczy. Sprawiał, że ludzie lewitowali kilka centymetrów ponad ziemią. Nagle wszyscy się wymieszali i pozamieniali częściami ciała. Kto wyłączył grawitację? I proszę mi wierzyć, tańczenie zawieszone w próżni to nie taka prosta sprawa. Jesteśmy jednym wielkim organizmem, na raz oddychamy, na dwa rozszerzamy źrenice tak, by lepiej się widzieć, móc nawzajem pożerać wzrokiem. Spływamy więc tymi lepkimi spojrzeniami, wszyscy mi zazdroszczą, bo okazuje się, że Diabeł jest również królem parkietu - ma berło i rogi zamiast korony, a na końcu i tak jest nagi. Niestety ma małego i słabą głowę, kończy najszybciej z nas wszystkich, ekonomiczny, biedaczek.
            Mówiłam - na imprezach dzieje się wszystko. To wtedy też spotkałam ducha swojego chłopaka. Wrócił z zaświatów, by się zemścić i mnie prześladować. Stęskniłam się, był twardy i zły albo słodki i twardy, nie pamiętam dokładnie, bo trochę przesadziłam i musiał ratować mi życie, wbijając między cycki strzykawkę jak w Pulp Fiction. Mój bohaterze! To naprawdę dziwne uczucie – wrócić pomiędzy żywych za sprawą martwego ukochanego.
Jak się okazało, miał się całkiem dobrze, nieco ektoplazmatycznie, był wściekły i postanowił nie dać mi spokoju, poltergeist jebany. A więc od tej pory koniec ze spokojnym snem nocy letniej.  Latające po domu przedmioty, a na ścianach dziwnej treści napisy farbą w kolorze hemoglobinowym. Do tego uparł się co wieczór oglądać tanie horrory na moim malutkim telewizorku, bo jak tłumaczył, musi się gdzieś tej trudnej roli ducha uczyć. Wszystko mi dokładnie objaśnił: podobno gdy się kogoś  zje, duch tej osoby wraca i już nigdy nie opuszcza swojej konsumentki. Mówiłam - jedność dusz i ciał.
            Ale ja nie dałam się tak łatwo, w końcu jestem Prawdziwą Buntowniczką. Nawet zaczęłam umawiać się na randki z Diabłem. Niestety, na ostatniej imprezie złapałam mononukleozę; bardzo się tym zmartwiłam, mogłam przecież zarażać. Czyli nici z pocałunków na dobranoc, pod drzwiami lub pod kołdrą.
            Zresztą życie z władcą piekieł okazało się być przereklamowane - żaden z niego gwiazdor rocka ani symbol seksu, nie nadawał się nawet do roli czarnego charakteru marzącego o trójkącie ze swoim superbohaterem. No cóż, ideały sięgają bruku, wiadomo. Przynajmniej miał rogi - muszę przyznać, że kilka razy mi się przydały, szkoda tylko, że po kryjomu, gdy już sobie wcale-nie-cicho pochrapywał. Potrafił za to spalać żywcem brzydkie dziewczyny i grzecznych chłopców; strzeżcie się. Jednak najbardziej lubiłam, gdy zamieniał się w kozę i gapił na amerykańskich żołnierzy, bywał słodki. Ale mi się znudził. Zwłaszcza gdy się okazało, że pisze białe wiersze, czyta Schopenhauera i Nietzschego, i mówił, że powinnam ich polubić na Facebooku, bo to bardzo buntownicze.
            Niestety, stało się - podpisałam cyrograf i skazana zostałam na udrękę z tym szatanem, a mój ektoplazmatyczny chłopak razem ze mną. Nieźle się dobraliśmy, nie ma co. Najważniejsze to nie trzeźwieć, powtarzałam sobie w duchu, wtedy wszystko jest prostsze, zwłaszcza gdy ma się dwóch facetów na głowie. Zaczęłam pomału obmyślać plan. Tymczasem, za namową Diabła, postanowiłam rzucić studia i podróżować po świecie. Nowe horyzonty, stare perspektywy i inne tego typu imprezy. Smak wolności, egzotyczny rarytas, żadna podróbka z China Town. Było tak: wsiadaliśmy do pociągu, ja w sukience pokazywałam pasażerom naprzeciwko, że w podróży niezdrowe jest noszenie majtek, on zakładał hipsterskie okulary z oprawkami w kształcie pentagramów i czytał te swoje biblie. Wszerz i wzdłuż kuli ziemskiej, okazuje się, że wolność ma smak Coca-Coli z automatów - zawsze spływa lepkim płynem, długa szyjka, grube uda, jak to przystało na prawdziwą murzynkę.
            Oczywiście, jako marnotrawna córka, ze wszystkich urokliwych zakątków drogim rodzicom wysyłałam pocztówki; popatrzcie tylko, tutaj wieża Eiffla rozchyla nogi, tam jak palmy opala się Palm Beach, i jeszcze Yeti, serio, kawał zwierza. P.S. Kończą się pieniądze, stop, czymś przecież trzeba rzucać w mokre od szampana cycki, stop, pozdrawiam.
            Jestem Prawdziwą Buntowniczką, wspominałam chyba, trochę jak Tahitańczycy na Bounty, zresztą bardzo mili ludzie, tam też byliśmy. I właśnie dlatego cały czas dopracowywałam szczegóły planu ucieczki od władcy piekieł. Wciąż dawał nam się we znaki również mój zjedzony ukochany, duchy to naprawdę upierdliwe istoty. Prześladować, przeszkadzać, przelecieć i nawet nie poczuć.
Pewnego dnia Diabeł zdradził mi sekret: „Z zupy z powrotem możesz wyhodować sobie pomidory, mały prezencik od szatana, wystarczy nią podlać pustą doniczkę.” A co jeśli przecier był z ukochanego? – drążę temat. „Głupio pytasz, w takim przypadku pomidor dostanie duszę, czyli będzie gadać, wybielać swoje ostre ząbki i miewać erekcje.” Jak Mordercze Pomidory? „Dokładnie tak powstały.” Super, zawsze chciałam mieć takie w domu.
            Potrafił kusić, trzeba mu to przyznać. Przez chwilę już rozważałam recykling z mojego chłopaka, kiedy przypomniałam sobie, że przecież jestem w nim zakochana i nie po to go zjadłam, żeby teraz znów się rozłączać z moim najdroższym. Nadszedł czas, żeby uciec i wkurzyć Diabła. Powiedziałam mu w oczy prawdę o bezpłciowych aniołach, do ulubionych perfum dolałam wody święconej, a na końcu przypomniałam mu, że obiecał mi karierę wśród Gwiazd, dupek. I stało się. Ze złości wysłał mnie na Księżyc do znajomych Nazistów, tak podobno zrobiłby Heidegger, ten filozof od architektury wnętrz.
            A więc faktycznie wylądowałam w niebie wśród Gwiazd, prawda, ale moi gospodarze okazali się bardzo zabawną społecznością, do tego świetnie ubraną, Hugo Boss i te sprawy. Po II wojnie urządzili sobie wśród srebrnych kraterów bazę i, jak twierdzą, nigdy nie spotkali tam Amerykanów (panie Kubrick, Oscar za scenariusz i scenografię murowany). Muszę przyznać, że mają fajne kluby i tani koks, zabawa w siedmiomilowe kroki po pijaku to moja specjalność. Ale ja wcale nie czułam się szczęśliwa, a niemiecki to taki brzydki język. Całe szczęście, że jestem blondynką i pasowałam jak ulał do księżycowej bladej poświaty ich poważnych min. Postanowiłam więc wrócić. Najpierw dałam Nazistom do picia Kool-Aid - smacznego i wszystkiego kolorowego, żegnajcie. Potem skoczyłam jak Baumgartner, tylko wyżej, albo niżej, w sumie sama już nie wiem.
            Po powrocie na Ziemię, nie poddałam się, kontynuowałam i znów zwiedziłam cały świat, tym razem w poszukiwaniu Diabła. W końcu byłam Prawdziwą Buntowniczką i chciałam się zemścić. Razem ze mną wciąż podróżował mój chłopak, choć on głównie po to, by mi dokuczać i podglądać w toalecie. Byliśmy wszędzie, gdzie tylko można grzeszyć. Ani śladu szatana na siodełkach rowerów Swobodnych Jeźdźców, z Dżinami z rosyjskich butelek po wódce graliśmy w ruletkę, no i w pospiechu ubieraliśmy się w ciasnych, samolotowych ubikacjach, gdy wstępowaliśmy do Mile High Club – ani śladu. Oczywiście z każdego miejsca pocztówka, kochani rodzice, nie martwcie się o mnie, bawię się świetnie, nawet nie pamiętam gdzie dokładnie. Całuję, przyślijcie trochę kasy na kino drogi  i cukierki od dobrego humoru.
A Diabła znaleźliśmy dopiero w Ciepłych Krajach - skubany przestraszył się i ukrył tam, żeby na małej plantacji uprawiać Szczęśliwe Zakończenia. Były zielone, słodko pachniały. Obiecał, że da nam jedno - pod warunkiem, że przestanę udawać Tarantino i odstąpię od wendetty. Dobra, niech będzie, pomyślałam. Kilka gramów do woreczków i możemy się ustatkować, oczywiście proszę również unieważnić nasz cyrograf. A więc załatwione! Mój chłopak również przytaknął, znudziły go te wszystkie ektoplazmatyczne harce - to chyba wtedy uświadomił sobie, że w sumie spełniły się jego marzenia. Przecież każdy facet śni tylko o tym, by być w swojej dziewczynie. Wejść, nie wychodzić, lekko się szamotać, tuż przed samym końcem poddusić. Sześćdziesiąt dziewięć dni w tygodniu, sześćset sześćdziesiąt sześć w roku, na wieczność i jeszcze dłużej, moje uczucie platonicznie zamienił w swoje plateau’niczne. Odkąd go połknęłam, wypełniał mnie i swoje przeznaczenie aż nadto, a ja również nie narzekam; lubię, gdy robi mi dobrze wiele rzeczy, na przykład łaskocze od środka. Skarbie, czego nie pokochasz, do tego się przyzwyczaisz.
Tak więc, jeśli drogie koleżanki, chłopak postanowił was rzucić, zróbcie z ukochanego przecier pomidorowy i zjedzcie jak zupę z pentagramowym makaronem, gwarantowane transcendentalny orgazm i metafizyczne kajdany, albo na odwrót - zależy którego filozofa akurat czytałyście, osobiście polecam – Mordercze Pomidory.


 Erazma Michalus

piątek, 21 lipca 2017

Burger Everetta

Burger Everetta

“I never said half the crap people said I did.”
Albert Einstein

Podrzędny bar w amerykańskim stylu, wokół kręcą się niespecjalnie ładne kelnerki, odsłaniają dużo, ale też nie warto patrzeć, bo to nienajlepsza z możliwych rzeczywistości. Ociągają się, mylą zamówienia i brzydko żują gumy. No i kręcą nosem, bo ich klient pali niemożliwie. Jednego za drugim, papieros za papierosem, dymi już prawie uszami i oknami, a jeszcze przed chwilą wydawało się, że to miejsce nie może być już bardziej brudne. Jednak podobno to szycha, szef kazał dogadzać, muszą więc co chwilę latać, dolewać dżin z tonikiem i podawać burgery, jednego za drugim. Co za obleśny typ, kelnerki szeptają między sobą, zakładając się, po którym pęknie, brzuch się nadyma, broda ocieka keczupem, brzuch nie przestaje rosnąć, okulary parują od dymu, ale gość nie zamienia się w bombę jądrową. Gość niczym się nie przejmuje, jest naukowcem, więc głównie fantazjuje i myśli Bóg-wie-o-czym. Na przykład: o miejscu, w którym góra burgerów i trzy paczki fajek na dzień to szczyt zdrowego trybu życia.

środa, 12 lipca 2017

Manifestyn

Manifestyn

Dzień dobry, chciałbym zostać uchodźcą.
Zakochać się w twojej córce, postawić jej kawę,
zabrać do kina, powiedzieć, że jest najlepsza,
że ma nogi jak miód, oczy ifryta, miętowy język,
kiedy palimy jednego papierosa na pół,
że wtedy kołdra przypomina mi wydmy,
siedem lasów, siedem gór, które musiałem przejść
w drodze do łóżka, na kolację i śniadanie,
ugotowałbym coś egzotycznego, pokazał dużo,
jak pali się fajkę zamiast ludzi.

wtorek, 23 maja 2017

Na koniec świata i jeszcze bliżej

Na koniec świata i jeszcze bliżej

fot. Agata Chylińska
Niedziela biała jak chmury, jak kitle i jak gorączka, która zawładnęła mieszkańcami Przezmarka w pewien majowy weekend. Do urokliwej wsi w pomorskim przyjechała grupka medyków, żeby za darmo przebadać tę niewielką społeczność. Udało się to prawie 80 mieszkańcom – daje to jakieś 20, może 25% całej ludności tej urokliwej miejscowości. I dużo, i mało. A chętnych było znacznie więcej, w kolejkach pod gabinetami, zaimprowizowanymi w salach szkolnych, dochodziło do kłótni, powstawały komitety kolejkowe. Aż chciałoby się powiedzieć z ironicznym uśmieszkiem, że przez ponad 25 lat nic się nie zmieniło.

sobota, 6 maja 2017

Nogi, które leczą

Nogi, które leczą

241543903, czyli wszystkim tym, którzy też pchają głowy tam, gdzie nie trzeba

Z nudów zjadam sobie właśnie pani nogi. Proszę się nie gniewać bardzo. Próbuję się delektować, ale nic z tego, zbyt łapczywie pochłaniam kawałek po kawałku, to silniejsze ode mnie. Pani ma nogi, które leczą. Są długie do nieba, zamiast skóry miód i rozlane mleko, nie ma co płakać, to wspaniały smak. Uśmiechają się, puszczając oczko. I tylko od czasu do czasu gdzieś nad kolankiem przydarzy się jakiś pieprzyk, bo przecież diabeł tkwi w przyprawach.
            I proszę, proszę, pani chyba właśnie popatrzyła, jak patrzę? Czy można prosić o jeszcze jeden raz?

niedziela, 26 marca 2017

Bordo 1

Bordo 1

Wszystkie postacie i przygody nie są fikcyjne i wydarzyły się na serio. No, prawie.
Dobrze, że moi znajomi z Bordeaux nie znają polskiego, bo miałbym pewnie kłopoty.
 Zmieniłem więc chociaż imiona.

Pięknie taplała się w błękicie tamtego neonu. Błękit był blady jak ona i tak samo jak ona od czasu do czasu mrugał do mnie, coś obiecując. Pół nocy próbowałem odgadnąć co. O tej porze zawsze zapadała tu szklana pogoda i spływała ludziom po twarzach niczym deszcz. Marina taplała się więc w świetle neonu i wyglądała jak mała dziewczynka kąpiąca się w kałuży. Miała nawet kalosze. Kalosze były od Givenchy’ego, a jej szorty chyba trochę za krótkie. Zawstydziłem się nieco, bo to trochę tak jakbym miał swoją własną lolitkę, Ma-ri-nę czubkiem języka schodzącą w trzech stąpnięciach po podniebieniu, by na trzy trącić o zęby.

środa, 15 lutego 2017

Dwa miesiące później

Dwa miesiące później

Sprawa nie wygląda słodko. Od dwóch miesięcy upijał się dzień w dzień, a to w końcu ciężka harówka. Do tego miał słabą głowę i żyrafę w szafie. Trochę szkoda, że właśnie leży przede mną martwy, bo będę musiała zająć się cętkowanym zwierzakiem, gdy wrócę już do domu.
            Drogi pamiętniczku, chciałabym ci móc napisać, że właśnie wpadam w panikę, że wytrzeźwiałam w sekundę, że w sumie to niechcący. Tymczasem krew na rękach, tulipanie i szpilkach. Notuję wszystko skrzętnie w głowie i upominam się w duchu, by zapamiętać tę właśnie kolejność. Nieźle będzie wyglądać na papierze.